Przygoda z historią

Opis

Kiedy miałam tyle lat co ty dzisiaj, często chodziłam z mamą lub dziadkiem na zakupy. Nie było wówczas supermarketów, a w małych sklepach, koło domu półki sklepowe świeciły pustkami. Kiedy dowozili do sklepu jakieś produkty, trzeba było się spieszyć żeby dostać cokolwiek. Musieliśmy stać w długich kolejkach i nie zawsze udawało nam się kupić to, co chcieliśmy. O czekoladzie i pomarańczach mogłam tylko marzyć. Na ulicach i w sklepach było szaro.
Któregoś dnia, a było to w grudniowy poranek, zobaczyłam przez okno na ulicy jadące czołgi. Były podobne do tych, które oglądałam na filmach wojennych. Bardzo się wtedy wystraszyłam. Tatuś opowiadał mi przecież o wojnie. Pobiegłam do babci. Wytłumaczyła mi, że i teraz często ludzie nie mogą się czuć bezpiecznie na ulicach, a nawet w domach, chociaż wojna się już dawno skończyła. Nie mogą otwarcie mówić co myślą o sposobie sprawowania władzy, bo zamkną ich do więzienia. Nie mogą też swobodnie wyjeżdżać za granicę. Powiedziała, że czołgi te są symbolem władzy niedobrych ludzi, którzy w ten sposób demonstrują swoją siłę i …  że przez ich rządzenie, w sklepach prawie nic nie można kupić, a inni ludzie często nie dostają pieniędzy za swoją pracę.
10 lat później, kiedy byłam już większa i rozumiałam dużo więcej, byłam świadkiem wielkiego wydarzenia w naszej historii. Pamiętam, jak tata wrócił z pracy rozpromieniony i krzyknął do mamy:

– Może w końcu coś się zmieni!
– Nasi chłopcy ze Stoczni Gdańskiej rozpoczęli strajk okupacyjny.

Nie rozumiałam zbytnio o co chodzi tacie i co w ogóle znaczy ten „strajk okupacyjny”.
Wiedziałam już, że Stocznia to wielka fabryka, w której buduje się statki i że bardzo, bardzo dużo ludzi w niej pracuje. Zwiedzałam nawet kiedyś z dziadkiem taki duży statek. Wiedziałam też o tym, że ludzie tam pracujący noszą takie specjalne robocze kombinezony i używają dużo różnych narzędzi.
A działo się to wszystko latem, w sierpniu 1980 roku. z dziadkiem i mamą, po śniadaniu poszliśmy pod stocznię. Było bardzo ciepło a pod bramą stoczniową, oddzielającą zakład od miasta, gromadziło się coraz więcej ludzi. Mama mówiła, że musimy dodać sił strajkującym, pokazać, że jesteśmy z nimi solidarni, popieramy ich i że tak jak oni, chcemy by w naszym kraju wreszcie zmieniło się na lepsze. Widziałam jak ludzie, którzy się wcześniej wcale nie znali, rozmawiali ze sobą, przynosili robotnikom jedzenie.
Następnego dnia mama znowu mnie tam zabrała. Strajk ciągle trwał. Było bardzo ciasno, ludzie stali wszędzie. Przez bramę widać było porozrzucane tu i ówdzie na trawie kawałki styropianu, na których, jak się dowiedziałam od mamy, stoczniowcy odpoczywali i spali w nocy.
Tak było codziennie. Mama kupowała chleb, masło, herbatę i cukier i wraz ze mną zanosiła wszystko pod bramę stoczni, by przekazać strajkującym.
Pewnego dnia na bramie stoczniowej zauważyłam jednego z robotników.
Był raczej młody i miał duże, czarne wąsy. Uwagę moją zwrócił trzymanym w ręku wielkim długopisem, prawie tak długim jak 2 banany. Nie słyszałam dokładnie co mówił, ale w pewnym momencie ludzie stojący wokół bramy zaczęli krzyczeć z radości. Wtedy też usłyszałam jego imię i nazwisko. Wołali głośno:

– Lechu, Lechu
– Lech Wałęsa, Lech Wałęsa.

Te okrzyki brzmią w moich uszach jeszcze dzisiaj.
Jak się później okazało, tego dnia, robotników Stoczni Gdańskiej obserwował cały świat.
Ludzie, którzy wówczas rządzili naszym krajem wraz z przedstawicielami strajkujących podpisali porozumienie – bardzo ważny dokument. Stało się to 31 sierpnia 1980 roku pod wieczór.
Po wielu nocach spędzonych w Stoczni, zmęczeni, ale uradowani stoczniowcy mogli wreszcie wrócić do swoich domów.
To wydarzenie zna dziś cały świat , a dzieci uczą się o tym na lekcjach historii.
Chodząc po Gdańsku i innych , równie pięknych miastach Polski, możemy oglądać pomniki, które są znakiem pamięci o tamtych wydarzeniach.
Dzisiaj już wiem, że tamte sierpniowe wydarzenia, których byłam świadkiem jako dorastająca dziewczynka, zmieniły nasze miasto, kraj i świat. Wszystko jest teraz bardziej kolorowe. Mamy wolność, możemy wyjeżdżać za granicę, a w sklepie, do którego chodzimy codziennie, mogę kupować Ci pomarańcze i twoją ulubioną czekoladę.

Danuta Kobzdej